Miało być jak nigdy

Miało być jak nigdy, a wyszło jak zwykle.

Większość z Nas zwykle zgania wszystko na brak czasu i na dobę, która uparcie ma tylko 24h (choć ta konkretna doba ma ich 25, i nic się nie zmienia). Trzeba więc przystąpić do działania i możliwie świadomie zagospodarować swój czas. Pięknie powiedziane. ale czy ja to kiedyś wykonam?

Prawie jest plan, jest motywacja, jest wizja, tylko niech ktoś mi da jeszcze kopniaka na zapęd i będzie git!

Przepis na sukces

Zastanawiałeś się kiedyś, jaki jest przepis na sukces? Na osiągnięcie sławy i/lub pieniędzy? Na świetną sylwetkę?

Chyba każdy nad tym się kiedyś zastanawiał. Kto nie chciałby być człowiekiem sukcesu? Kto nie chciałby być szczęśliwy?Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym szczególnie. Jestem już takim wieku, że zostanie milionerem przed trzydziestką mi nie grozi. Muszę się więc wyrobić przed czterdziestką – nie ma innego wyjścia. Muszę jeszcze tylko.. No właśnie.. co?Z dość sporą uwagą przyglądałem się ostatnio osobom, które coś w życiu osiągnęły. Nie chodzi mi tu o jakieś spektakularne sukcesy, ale o takie, których ludzie zazwyczaj nie odnoszą. Poświęciłem dość dużo czasu na „tentegowanie w głowie” i zadawałem sobie pytania z kategorii ‚jak to możliwe?’.

Jak to możliwe, że taki kanał na YouTube cieszy się tak ogromnym zainteresowaniem? Przecież prowadzący ten kanał nie mówi aż tak ciekawie, a właściwie jest średnim mówcą. Jego żarty są raczej średnie i często trącają o suchary. I te cięcia we vlogach, przecież to tragedia! Po co ten koleś opowiada o czymś, skoro widać, że okropnie się stresuje? Jakim cudem śledzi go tyle tysięcy osób?

Jak to możliwe, że pod zdjęciami i wpisami takiej osoby pojawiają się tysiące polubień i udostępnień? Przecież to nie jest jakiś szczególny szał. Fakt, niektóre są interesujące lub nawet dobre, ale w większości nie ma się czym zachwycać.

Jak to możliwe, że takie cymbały kończą studia, są magistrami inżynierami, a ja nie? Pamiętam taką dziewczynę, z którą chodziłem na przygotowanie do matury z języka angielskiego. Dobrym podsumowaniem jej wiedzy ogólnej, nie tylko znajomości języka obcego było słowo ‚tragedia’. Teraz ta sama dziewczyna ma dyplom uczelni wyższej, a ja nie.

Przeczytałem też kilka książek o tym, jak zostać milionerem, o tajemnicy milionerów, o bogatych ojcach, o biednych ojcach, o marketingu, zarządzaniu, jednak kluczowy składnik przepisu na sukces okazał się być czymś oczywistym (lub nieświadomie oczywistym) dla wielu, zazwyczaj nie tych na których bym stawiał. Przez pewien czas myślałem, że tym składnikiem jest plan. Głośnym hasłem głoszonym przez wielu coachów jest Brak planowania to planowanie porażki. Słowa bardzo mądre, jednak według mnie niepełne. Co prawda cel i plan jest niesamowicie ważne, bo jak mawiał mój kolega chodzenie bez celu mija się z celem, to najważniejsza jest konsekwencja i regularność. Kropla drąży skałę konsekwentnie i regularnie, odbijając na niej swoje piętno. I tak jest ze wszystkim.

Nie można mieć przecież bardzo poczytnego bloga, jeśli nie będzie się publikowało regularnie i konsekwentnie nowych wpisów, ani popularnego kanału na YouTube, wyższego wykształcenia, umiejętności gry na nowym instrumencie lub udoskonalenie obecnej umiejętności, ani nauczyć się nowego języka, prowadzić dobrze prosperującego przedsiębiorstwa i wychować psa, nie będąc konsekwentnym i regularnym. Zaczynając od tych dwóch cech, można rozwijać kolejne, ale one wszystkie wynikają z tego.

Proste, nie? Nie.

Jeszcze tylko drzewo i dom

Po wielu miesiącach oczekiwań niedawno na świat przyszedł mój pierworodny syn, następca tronu oraz nosiciel nazwiska. Z typowo męskich zadań na życie pozostało mi więc już tylko wybudować dom i posadzić drzewo. Nim jednak to nastąpi (a poniekąd staram się!) chciałbym podzielić się pewnymi spostrzeżeniami, wnioskami i uwagami, jakie nasunęły mi się podczas rozwijania umiejętności wymaganych na nowym stanowisku.

Kupa nie śmierdzi

Wydawać może się to delikatnie mówiąc absurdem, ale jest faktem. Nie powiem, że jej nie czuć, bo czasem faktycznie woni. Ale nie śmierdzi. Nie zmienia to jednak tego, że ludzie, którzy nie mają małych dzieci (zwłaszcza ci, którzy nie mieli) nie są zainteresowani tym tematem.

Płacz dziecka brzmi inaczej

Do niedawna, gdy słyszałem płacz dziecka dłużej niż przez 15 sekund, budziła się we mnie krwiożercza bestia, uruchamiały najpodlejsze instynkty i marszczyła mi się skóra na plecach. Teraz ten sam płacz (a zwłaszcza, jeśli zdarzy się on mojemu Bobasowi) uruchamia emocje i zachowania z kategorii troska, współczucie oraz opiekuńczość.

Sen jest przereklamowany

Co za wariat wmawia, że potrzebujemy 6 godzin nieprzerwanego snu? Poza tym sen to nie jest naturalna potrzeba fizjologiczna. To luksus.

Bycie rodzicem jest bardziej skomplikowane, niż na to się zapowiadało

Od teraz każda decyzja jest przepuszczana przez „bramkę logiczną” pod tytułem a co na to Bobas? Tyczy się to niemal każdego aspektu życia codziennego. Prawdopodobnie jedyną decyzją jaką podejmujemy teraz bez myślenia o Synku to jakie założyć skarpetki (choć też nie zawsze). Poza tym początkujący rodzice stają przed miliardem zagadek takich jak: na co i kiedy szczepić, co i kiedy jeść, jaki krem/oliwka/balsam jest odpowiedni, czy goście myli ręce, czy kupa jest dobra, czy było siku, jakiego pediatrę wybrać, w co ubrać na spacer?

Świat nie staje w miejscu

Okazuje się, że wbrew pozorom świat się nie zatrzymał i nie zrobił ukłonu w stronę nowych rodziców. Wręcz przeciwnie, skurczybyk jakby przyspieszył. ZUS nadal trzeba opłacić do 10-tego dnia miesiąca, deklarację VAT do 25-tego, a za telefon zapłacić do 15-tego. Chleb magicznie nie pojawia się w szafce, a obiad nie materializuje się na talerzu samodzielnie.

Czas staje się niemierzalny

Pomijając fakt, że musiałem zdjąć z ręki mój ukochany zegarek na czas bycia w domu (duża busola koliduje przy manewrowaniu z małym człowiekiem), dni upływają pod dyktando karmienia i zmieniania pieluszek. Nie jest za to niczym nienaturalnym, że większa aktywność przypada w godzinach 2-4 nad ranem, a nie 14-16. Wszystko staje się względne.

Ktoś mógłby pomyśleć, że narzekam. Owszem, narzekam jak każdy mieszkaniec między Odrą a Bugiem, jednak w szeroko pojętym temacie pieluszkowym nie wchodzi to w grę. Jest super! Polecam, 2/10! 😉

Co to ta nuda?

Co mówi mąż, gdy Najcudowniejsza mówi w markecie „idę na ciuchy”?

To ja idę na gazety.
Marketowy wybór prasy statystycznego męża prawdopodobnie zadowoli. Jest coś o motorach, o komputerach, o cyckach, wędkowaniu i polityce. To wszystko zajmuje mizerne trzy półeczki. Pozostałe szeberbnaście to moda, plotki, uroda, plotki i trochę o dzieciach i dzierganiu na drutach. Ale ja nie o tym.

Zwykła, przypadkowa wizyta w markecie tchnęła mnie to takiego przemyślenia: jak można się nudzić? Przecież nie ma na to czasu. Nawet gdybym się uparł i chciał się nudzić, to jak to się robi? Na ogół większość ludzi narzeka na to, że brakuje im czasu na wiele rzeczy. Ci sami jednak często nudzą się wieczorami lub w dni wolne. K..kurcze, jak to?

Wspomniany przeze mnie dział z prasą opuściłem z pustymi rękoma. Musiałem pogodzić się z tym, że choć zainteresowało mnie tam kilka tytułów (może nie w całości, ale po kilka artykułów), to trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: mam takie zaległości w tym, co mnie interesuje, że profilaktycznie wolę nie dokładać sobie nowych rzeczy.

Tu dochodzimy do samochwalczego stwierdzenia, że „ludzie inteligentni się nie nudzą”. Choć może bardziej adekwatne będzie, że ludzie ciekawi świata się nie nudzą. Na dowód tego, że jestem ciekaw tysiąca rzeczy, będę starał się o tym regularnie pisać (i nie tylko). W mojej głowie rodzi się około 100 pomysło-projektów tygodniowo. Czas zacząć realizować choć część z nich. Czas start.

Pół covera

Czy istnieje taki moment, kiedy jest się gotowym? Czy uda mi się stworzyć kiedyś coś tak dobrego, że nie będę miał obaw przed pokazaniem tego światu? NIE.

Skoro więc nie można mieć wszystkiego, to czas zaryzykować. Całkiem niechcący znalazłem na dysku starą próbę nagrania covera jednego z moich ulubionych otworów zespołu Coldplay. Na nagraniu słychać katar, szumy i trzaski. Ale co tam, raz kozie cośtam.

Ruszyłem?

Wiecie, jak poznać w towarzystwie, kto biega? Jeśli w ciągu piętnastu minut sam tego nie powie, to znaczy, że nie.

Tak to już chyba jest, że jeżeli jesteśmy z czegoś dumni, to informujemy o tym nie koniecznie zainteresowane tym faktem otoczenie. Fala samochwalstwa ruszyła ze zdwojoną siłą, gdy twarzoksiążka stała się nieodłącznym elementem naszego życia. Dziś wielu nie wyobraża sobie, że można nie zakomunikować światu o tak istotnym wydarzeniu, jak zakup ciucha, auta, wizyty w restauracji czy u fryzjera. Skoro więc wszyscy jesteśmy utaplani w błocie samochwalstwa, nie wyjdę na skończonego bubka wspominając o moim dzisiejszym ruchu.

Strasznie się cieszę, że nie przygotowałem sobie listy postanowień noworocznych. To więcej niż pewne, że na szczycie listy znalazły by się takie tematy jak: regularnie biegać, prowadzić bloga, czytać, jeść, ćwiczyć, sypiać, uczyć się i odpowiadać na maile. Moje nieuregulowane postanowieniami listy typu ‚TO DO’ puchną i pękają w szwach. Tyle jest przecież interesujących rzeczy na tym świecie, a przy okazji to wszystko jest takie męczące.

Nareszcie, po raz pierwszy w tym roku, udało mi się ruszyć moją, nie bójmy się tych słów, rosnącą dupę, pchnąć za próg w butach do biegania i „przegonić” po stałej ścieżce. Rezultaty pozornie nie robiące wrażenia: średnie tempo nieco szybsze niż to, jakie rozwija statystyczna babcia o lasce w drodze na miejsce siedzące w autobusie. Paradoksalnie jednak, bieganie to nie wyścigi. Gdy biegałem regularniej („jak ja biegałem..”), zauważałem zdecydowany wzrost formy, wytrzymałości oraz atrakcyjności (choć to wynikało raczej z utraty wagi; ryj się nie prostuje). Jakby to powiedział marketingowiec, „wartość dodana do tego produktu cechuje się niesłychanymi właściwościami”. Społeczność biegaczy zazwyczaj mile wita wszystkich, niezależnie od lokalizacji i języka. Miałem nawet taki epizod poza granicami naszej cudownej ojczyzny. Biegłem ile sił w nogach, a mijający mnie biegacze (o typowo niepolskiej urodzie także) pozdrawiali mnie machnięciem ręki i skinieniem głowy. Nigdy jeszcze nie zrobiłem takiej furory biegnąc na dwójeczkę do hotelu. Liczy się jednak aspekt społeczny.

No i getry.

Dwie dusze – jeden z końców

Minęło już trochę czasu odkąd skończyłem moją przygodę z grą Beyond: Dwie dusze, ale dopiero teraz udało mi się zabrać do napisania mojego podsumowania.

Jak już wspominałem wcześniej, gra zdecydowanie mnie zainteresowała i wciągnęła, pomimo pozornego nie reprezentowania jednego z moich ulubionych gatunków. Nieco irytowała mnie pozorna decyzyjność gracza. Z jednej strony mogłem zdecydować, czy moja postać będzie miła dla innych, czy nie, czy będzie flirtować czy zbywać, mimo to i tak wszystko dążyło do jednego z góry narzuconego celu. Wydaje się to dość logiczne. Gdyby było inaczej, gra musiałaby mieć kilka odmiennych fabuł, które nie pokrywają się ze sobą, a nawet wykluczają. Zagrałbym w coś takiego. Miałbym kilka gier w jednej grze.

Na szczęście autorzy przy samej końcówce pozwolili na podejmowanie tak daleko idących decyzji. W pewnym momencie mogłem dokonać wyboru między światem żywych a umarłych (czyli 1 z 2), a po chwili pojawił się wybór pomiędzy aż czterema wątkami (1 z 4). Teoretycznie więc grę można ukończyć na 8 sposobów. Szkoda tylko, że wybory te podejmuje się praktycznie przy samej końcówce.

Jakby nie było, grę oceniam dość wysoko. Przykleiła mnie do ekranu i kanapy na ładnych kilka godzin, a o to przecież w grze chodzi. Powstaje tylko jedno małe pytanie. W co grać teraz?

ESM 2016 – pierwsze przygotowania

Jeszcze nie do końca opadły emocje po pierwszej edycji ITPlanet E-Sports Masters, a już dawno czas zabrać się za przygotowania do kolejnej. Wielkimi krokami zbliża się przecież dzień, w którym Lubin znów stanie się choć na chwilę stolicą gier nie tylko komputerowych.

Pewnie myślisz, że wyolbrzymiam. Nikt o tym wydarzeniu nie słyszał, a ci co słyszeli już dawno zapomnieli. Śpieszę z przechwałkami, że jest inaczej.

Nie tak dawno miałem okazję być na nieco większej imprezie niż ta, którą miałem przyjemność współtworzyć, czyli na PGA. Rozmawiałem tam z wystawcami i przedstawicielami wielu różnych firm z branży – większych i mniejszych, z Polski i nie tylko. Okazuje się, że część z nich słyszała o Nas, czytali donosy z pracy lub oglądali relacje na YouTube. Nie mogę powiedzieć, kto to był dokładnie, ale firmy które te osoby reprezentowały są nie tylko rozpoznawalne, ale wręcz wiodące.

Nie zapomnieli o nas także nasi goście. Mam tu na myśli nie tylko osoby przez nas zaproszone, wystawców, youtuberów czy cosplayerów, ale także graczy którzy tak tłumnie przybyli i bawili się z nami. Co jakiś czas ktoś wystawia nowe zdjęcie z ESM, wspomina o nas w komentarzach lub pisze wiadomości z zapytaniem o kolejną edycję.

Spodziewajcie się jeszcze w grudniu oficjalnej zapowiedzi ESM 2016. Będzie się działo!

Dwie dusze

Moi drodzy Czytelnicy (oboje!). Przed Wami niezapowiedziany i wcale nieoczekiwany, także nie zaskakujący, ale za to pierwszy w życiu wpis dotyczący kawałka mojego Świata, czyli gier. Żadnych nowości, bez okrzyków, za to dość subiektywnie, bo kto mi zabroni.

Gra teoretycznie zupełnie nie w moim stylu, a w granie w nią zostałem praktycznie wrobiony. Miała być miła rozgrywka „we dwoje”, lecz moja zdecydowanie lepsze Połowa znudzona porzuciła mnie na placu boju, a ja wciągnięty przez fabułę grałem dalej. Po 2 godzinach zorientowałem się, że mogę grać jednym padem, a nie dwoma, co dowodzi tylko o bagnistych (wciągających) właściwościach tego tytułu.

Dlaczego nie w moim stylu? Przywykłem do gier dynamicznych lub sportowych. Świetnie bawiłem się z Uncharted (pierwsze trzy części, o czwartej marzę), GTA V, Fifa 16, NFS, Tomb Raider, czyli z grami w których praktycznie całkowicie to ja steruję postacią (piłkarzami) i jestem ograniczony pewnymi zasadami i otaczającym mnie światem, ale to ja jestem u sterów. Beyond to gra film. Mnogość wstawek, w których brali udział prawdziwi aktorzy przeplata się z tym, co musi zrobić nasza postać i choć mamy kilka scenariuszy, to prędzej czy później i tak spotka nas los przewidziany przez scenarzystów w formie liniowej.  Nie zmienia to jednak faktu, że gra pochłania niemal bez reszty.

Ciekawostką jest sposób rozgrywania fabuły. Wygląda to trochę tak, jakby poszczególne jej elementy były spisywane na osobnych kartkach, rozrzucone i pozbierane w mocno losowej kolejności. Rozpoczynamy pod koniec, i skaczemy po różnych etapach życia głównej bohaterki i jej „przyjaciela”. Raz pracujemy dla CIA, innym razem cała Policja świata chce nas złapać. Jak dotąd miałem okazję prowadzić motocykl, zmusić człowieka do samobójstwa, jeździć konno, okraść supermarket, odebrać poród oraz odesłać złe duchy w zaświaty. Nie mogę się doczekać końca, choć czuję, że po przejściu tej gry będzie trochę jak po przeczytaniu świetnej książki: smutno i tęskno za bohaterami. Oby tak i oby nie.

Spróbuj nienawidzić swoją pracę po cichu

Praca wykonywana w celach zarobkowych to ciekawy twór. Bezrobotni często marzą o niemal jakiejkolwiek, aby szef płacił na czas i żeby starczało „do ostatniego”. Pracujący zazwyczaj nienawidzą swojej pracy, chodzą tam niechętnie i interesuje ich zazwyczaj jedno – wypłata.

Uprzedzając krzykaczy zaznaczam, że nie mówię o wszystkich, nawet nie o większości, ale jednak o zatrważająco dużej grupie zwłaszcza tych robotnych, nie ujmując tym bez. Nie chcę się też wyświęcać. W zaciszu domowym również niepochlebnie wyrażam się o moim głównym źródle utrzymania i tylko przez brak przycisku „mam skończone 18 lat – wchodzę” nie zacytuję słów, które cedzę przez zęby. Nie zmienia to jednak faktu, że swoją pracę staram wykonywać się dobrze, fachowo i z myślą o przyszłości nie tylko mojej, ale i zakładu. Nie nie, to nie jest jakaś tam pompatyczność ani lizusostwo. Nie uważam się za pracownika roku, ale można na mnie polegać. Dość jednak o mnie.

„Miły i kompetentny jak sprzedawca” jest raczej eufemizmem niż faktem dającym się dostrzec w sklepach, a właściwe coraz dumniej nazywanych placówkach sprzedażowych, w salonach. Sprzedawcy (doradcy klienta) są zazwyczaj nieświadomi produktu, jego cech, właściwości czy możliwości. Wpierają za to klientom nie tylko swoje prywatne opinie, ale także gusła, przesądy oraz „wydaje mi się”.

Dziś moja osobista Pani Żona poprosiła w piekarni o skład chleba o nazwie ‚żytni 100%’. Pani z głowy podała, że żytni to żytni, więc mąka i woda – dwa składniki. A drożdże czy zakwas? Zakwas – więc trzy. A sól czy nie? Sól – więc cztery. A cukier? Cukier nie! Przecież do pieczywa nie dodaje się cukru! Czyżby?

Najciekawsze jest to, że ekspedientka zamiast sięgnąć ręką po skład i go odczytać, wolała się dąsać, wymądrzać i mieć pretensje. Choć jest to może mało drastyczny przykład, ale wierzcie mi na słowo, że tym ludziom się zwyczajnie nie chce pracować.

I tu dochodzimy do meritum problemu. Nie podoba Ci się Twoja praca? Za mało Ci płacą? Szef jest nieuprzejmy? To się zwolnij! Nie możesz, bo nie ma innej pracy, bo tej potrzebujesz, bo rachunki, dzieci, raty? To pracuj jak najlepiej! Drogi pracowniku, jeśli jesteś niezadowolony ze swojej pracy, życia, salda na koncie, samochodu czy żony i szukasz winnego w kliencie/petencie to źle szukasz. Bardzo mi przykro, że jest Ci przykro, ale to nie moja wina, więc pracuj jak człowiek.